FORUM MIŁOŚNIKÓW PISMA ŚWIĘTEGO Strona Główna FORUM MIŁOŚNIKÓW PISMA ŚWIĘTEGO
TWOJE SŁOWO JEST PRAWDĄ (JANA 17:17)

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Co ważne jest w Ewangelii?
Autor Wiadomość
Ten_Smiertelny

Potwierdzenie wizualne: 7
Dołączył: 13 Lip 2017
Posty: 20
Poziom: 3
HP: 0/44
 0%
MP: 21/21
 100%
EXP: 2/9
 22%
Wysłany: 2018-10-12, 11:24   Co ważne jest w Ewangelii?

Gdy pozna się już trochę naukę katolików i protestantów,
mocno rzuca się widoczna różnica w podejściu do wagi poszczególnych prawd Ewangelii.

C. S. Lewis sam najpierw będąc niewierzącym, później zaś uosabiając czyste podejście protestanckie,
tak skomentował tą kwestię (w książce „Chrześcijaństwo po prostu”):

[/i]Gdy dwaj chrześcijanie pochodzący
z różnych Kościołów wszczynają spór, najczęściej
za niedługo któryś spyta drugiego, czy taka
czy inna kwestia „ma jakieś znaczenie”,
na co drugi odpowie: „Czy ma znaczenie? To
rzecz absolutnie zasadnicza”.[/i]

Osobiście jestem zupełnie przekonany, że ktoś kto zacząłby poznawanie Boga od Biblii,
nie mając wcześniej żadnego kontaktu wyznaniami religijnymi,
przecierałby oczy ze zdumienia widząc jak „rozwinęła się” nauka chrześcijańska.

Nietrudno zauważyć, że katolicy przywiązują wielką wagę do narodzin Jezusa
i kwestii z nimi związanych – jak dziewictwo Mari, złożenie zbawiciela w żłobie itd.
To co oni nazywają „Bożym narodzeniem” jest dla nich kwestią zasadniczej wagi,
jak na ironię, sama nazwa „Boże narodzenie” w ogóle nie występuje w Biblii (i osobiście uważam całą ideę za błędną),
a Ewangelie zdają się mało poświęcać tym kwestiom wagi,
nie rozpisując się przesadnie na ich temat, ani ich zbytnio nie podkreślając.

Podobnie bardzo łatwo dostrzec, że protestanci przywiązują wielką wagę do śmierci Jezusa
i kwestii z nią związanych – jak odkupienie, cierpienie zbawiciela itd.
To co oni nazywają „grzechem pierworodnym” jest dla nich kwestią zasadniczej wagi,
jak na ironię, sama nazwa „grzech pierworodny” w ogóle nie występuje w Biblii (i osobiście uważam całą ideę za błędną),
a Ewangelie nie podkreślają znaczenia śmierci Chrystusa tak bardzo, jakby się to mogło z początku wydawać.

Piękną (co nie znaczy, że zgodną z Pismem) argumentację za interpretacja katolicką,
możemy łatwo znaleźć sięgając po (godne polecenia) dzieła G. K. Chestertona.
Wizualizację myśli protestanckiej zaś łatwo dostrzeżemy,
choćby biorąc się za teksty wspomnianego już C. S. Lewisa.

Myślenie protestanckie jest być może mniej u nas znane,
z racji małej popularności tej grupy wyznaniowej w Polsce.
Najliczniejszym wyznaniem protestanckim w Polsce są ponosić samozwańczy „Świadkowie Jehowy”,
którzy osobliwie nie zawsze sami zaliczają się do protestantów.
Należy jednak zauważyć, że o ile różnią się oni znacznie co do konkretnych poglądów i interpretacji,
o tyle przejawiają to samo protestanckie podejście w odbiorze Ewangelii i jej prawd.

Wspomniane już szczególne podkreślanie wagi śmierci Chrystusa,
obecne jest i u Świadków Jehowy – choć naturalnie przez to, że nie uznają oni zbawiciela za Boga,
nabiera nieco innego wyrazu. Samo nastawienie jednak bynajmniej się nie zmienia,
ich teologia pozwala nawet na głoszenie ‘cokolwiek radykalnych’ twierdzeń o „równości Chrystusa i pierwotnego Adama”
i za tym idącej ‘sprawiedliwości’ odkupienia.

Narodzenie i śmierć… Łaska Boża i posłuszeństwo wobec Boga.
Jakkolwiek zarówno z faktu (i okoliczności) narodzenia Chrystusa jak i jego śmierci,
jesteśmy wstanie wyciągnąć ważne wnioski, które mogą być dla nas lekcją na całe życie,
dziwnym jest skupianie się jedynie (lub przede wszystkim) na tych doniosłych wydarzeniach.

Zdaję się jakby niektórzy patrzyli na Chrystusa jak na kogoś, kto narodził się jedynie po to by… umrzeć.
Ba! niektórzy rzeczywiście nawet bezpośrednio twierdzą, że Chrystus przyszedł na ten świat
jedynie (albo głównie) po to by z niego odejść.

Nie bagatelizując w żaden sposób kwestii odkupienia i narodzenia,
moglibyśmy zauważyć, że skoro Pan nasz Chrystus najpierw narodził się, a potem umarł,
to i my (skoro mamy go naśladować – Mat. 10, 38. Mar. 8, 34.)
powinniśmy ponownie się narodzić (Jana 1, 12-13. i 3, 3.)
oraz umrzeć (Jana 18-20. Do Tym. 3, 12. Mat. 16, 24-25. Do Żyd. 13, 12-13.).
Dobrze jednak byśmy również wiedzieli jak Chrystus żył,
abyśmy wiedzieli również jak żyć mamy(Mat. 11, 28-30. i 8, 20. i 8, 24. Jana 13, 15.);
i jak nauczał, abyśmy wiedzieli czego nauczać (się) mamy (Mat 5, 2. i 7, 24-29. Jana 7, 14.).

"Ten jest Syn mój miły, w którym sobie upodobałem, jego słuchajcie." (Mar. 1, 11. Łuk. 3, 22. 2. Piotra 1, 17.)

Tymczasem religie chrześcijańskie jakoby starając się instruować wiernych o Chrystusie,
samego Chrystusa omijają szerokim lukiem, szukając go tylko wtedy gdy jest zbyt mały by mówić,
lub zbyt udręczony by mógł ich pouczyć.
To podejście widać również w prezentacjach obrazujących narodzenie Chrystusa,
bądź filmach przedstawiających jego ukrzyżowanie.

Ja jednak wolałbym sztukę (film, komiks, grę) która przypominałaby to co Jezus robił i mówił,
choćby dlatego, że nie sądzę by oglądanie Jezusa w stajence,
jak i powieszonego (na krzyżu, palu, czy też szubienicy – nie robi to różnicy)
uczyniłoby nas w jakikolwiek sposób mądrzejszymi lub lepszymi.

Być może nawet popełniłem tutaj na początku pewien nietakt,
pewną przesadę; być może katolicy czasem pamiętają o śmierci Chrystusa,
z pewnością zaś bardziej ją zauważają, niż protestanci jego narodzenie.
Cóż z tego? kiedy mówiąc o nim praktycznie nie wychodzi się poza te dwie kwestie:
narodziny i śmierć.

Łatwo jest przypominać o poświęceniu Chrystusa, o tym, że nas odkupił,
i rzeczywiście niezwykle często się to robi, złośliwie jednak zauważę,
że nikt nie przypomina wypowiedzi Chrystusa w których mówi on: „Sprzedajcie, co macie, a dajcie jałmużnę”,
jest tak być może dlatego, że nikt rzeczywiście nie chce sprzedawać tego co ma i dawać jałmużnę;
a więc de fakto nikt nie chce spełniać polecenia Chrystusowego.
Ja w każdym razie nie słyszałem o żadnym wyznaniu Chrześcijańskim,
którego członkowie idąc za radą Jezusa sprzedawaliby swoje majętności
i rozdawaliby pieniądze ubogim…

Ewangelia Łukasza. 12, 29. I wy nie pytajcie się, co będziecie jeść, albo co będziecie pić;
a w górę się nie podnoście. 30. Tego wszystkiego bowiem narody tego świata szukają;
a Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. 3l. Ale szukajcie najpierw królestwa Bożego,
a to wszystko przydane wam będzie. 32. Nie bój się, trzódko mała, bo spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.
33. Sprzedajcie, co macie, a dajcie jałmużnę;

Ba! Przyznaję, że wielką chęć miałbym odwiedzić członków różnych wyznań i…
z całej siły uderzyć ich w twarz! To co wydarzyłoby się później byłoby naprawdę znamienne,
jeśli wyznawca przyjąłby cios ze spokojem i niczym zbawiciel:
„sycąc się zniewagą, nadstawił policzek bijącemu” (Treny Jer. 3, 30. Mat. 5, 39.)
padłbym przed nim na twarz i odrzekł: „zaprawdę z wami jest Bóg!”.

Wizja ta nie zdaje się jednak zbyt realistyczna.
Katolik zapewne żółciłby się na mnie wściekły z pięściami,
protestant zręcznym ruchem dżudżitsu spokojnie sparował uderzenie i wyprowadził celny kontratak,
a Świadek Jehowy po prostu rozsądnie oddalił się i wezwał policję…

Oczywiście nakaz Chrystusa by „nadstawiać drugi policzek” należy przede wszystkim rozumieć obrazowo
i zwyczajnie ustępować złu i dawać się krzywdzić (Mat. 5, 38-42./Jakuba 5, 6-10./1. Piotra 2, 19-14./1. do Kor. 6, 7.),
jego bezpośrednia interpretacja nie byłaby jednak nie na miejscu.
„Kto bowiem w małym jest niewiernym i w wielkim zawiedzie” (Łuk. 16, 10.),
nie wydaje się zaś prawdopodobne by ktoś kto nie umie dosłownie nadstawić drugiego policzka,
robił to samo w swej prywatnej firmie lub podczas sporu z sąsiadem o miedzę.
To oczywiście tak nie działa, nikt (zgodnie z poleceniem Chrystusa) nie ustępuje,
każdy walczy o swoje aż do krwi, sądząc się i to przed niewiernymi(1. do Kor. 6, 1. i 7.).

Nic więc dziwnego że nauka Jezusa jest tak niewygodna,
tak pomijana i bagatelizowana, przez zdawałoby się „chrześcijańskich” teologów.

Jako przykład mogę podać chociażby rzecz zaczerpniętą z własnego doświadczenia.
Pewnego razu z nudów przyszło mi przeglądać ilustrowaną kolorowymi obrazkami „Encyklopedię Biblii”,
miliłby się jednak ten kto sądziłby, że był to alfabetyczny spis wszystkich imion, cudów, prawd wiary,
czy czego tam jeszcze ludzie w swej mądrości nie wyodrębnili i wymyślili.

Był (czy raczej jest) to twór wysoce zorganizowany,
którego autorzy poświęcają niezwykle wiele miejsca na opisanie tego jaki klimat panuje w ziemi świętej
i jakie zawiera ona (zapewne święte) złoża, jakimi pieniędzmi posługiwano się w czasach Chrystusa,
czy tego w jaki sposób radzono sobie z ludzkimi odchodami – w Efezie.
Słowem była to „Encyklopedia Biblii” której 99,9% miejsca zajmowały rzeczy o których w Biblii nie usłyszysz ni słowa;
być może autorami kierowała ta sama godna wybaczenia naiwność,
która każe wydawać ilustrowane Biblie, w których obok fragmentu w którym Jezus każe sługom przynieść wodę (którą później zamieni w wino),
stawia się obrazek glinianej wazy używanej do przenoszenia wody –
zapewne celem zwiększenia czytelności Biblijnego przekazu.

Zaprawdę! szkoda, że jeszcze nikt nie wpadł na przygotowanie dokładnego porównania,
planu w odpowiedniej skali, zawierającego rysunek wielbłąda oraz igły…
z dokładnymi wyliczeniami, ile to wielbłąd musiałby się zmniejszyć, bądź igła zwiększyć,
by ten garbaty zwierz mógł przecisnąć się przez ucho. To rzeczywiście mogłoby pomóc.
Taki rysunek powinien być masowo rozdawany posiadaczom pięknych willi i drogich samochodów.

Wracając do tego opracowania, czytało się to strasznie, bo jeden rzut oka wystarczył
by dostrzec siedem bluźnierstw i czterdzieści siedem oczywistych błędów i przeinaczeń.
Tak sobie myślę, że musiało być to opracowanie naukowe,
gdyż autorzy z prawdziwie naukowym podejściem pletli bzdura za bzdurą.
Nawet nagłówki wprowadzały w błąd, czytając: „Medycynę w czasach Jezusa”
nie zobaczymy przykładów cudownych ozdrowień dokonanych przez Chrystusa,
lecz dowiemy się o wykopaliskowych odkryciach i przezorności rabinów,
trzymających na podorędziu chirurga.
Wszystko oczywiście przyprawione masą godnych pożałowania frazesów
o dawnych przesądach i zabobonach.

To jednak pryszcz, gorzej, że i to co związane jest z Pismem pozostawało zawsze wypaczone;
i tak dowiemy się na przykład, że by „zapobiegać chorobom”, Izraelici obrzezywali się
„co – jak wierzono – miało chronić od chorób wenerycznych”.
Nic to, że „choroby weneryczne” są raczej wymysłem naszych czasów
i w Piśmie nie ma o nich ani słowa; nic to, że Bóg mówił, że obrzezanie jest znakiem przymierza
a Zakon jest duchowy (Do Rzym. 7, 14.) i nie służy zabieganiu o ciało (Do Kol. 2, 23.);
wreszcie nic to, że Sefora obrzezała syna swego by nie zabił go anioł,
widocznie anioł obawiał się chorób wenerycznych – i wszystko jasne!

Wybaczcie, większych bzdur nie będę przytaczał gdyż są nie do zniesienia,
uwierzcie, że godnym pochwalenia byłoby kontynuowanie apostolskiej tradycji
i palenie niektórych ksiąg.

To o czym chciałem jednak powiedzieć,
to to w jaki sposób zbagatelizowane były tam przypowieści.
Po arcykrótkim wstępie mówiącym, że Jezus lubił przypowieści bo
„skłaniały do refleksji nad życiem, jego znaczeniem i możliwościami” – bzdura!! –
następuje tam delikatne zaznaczenie, że niektórzy czasem traktowali przypowieści
jako nośniki większych treści, jednakże: „W istocie były one jednak prostymi opowiadaniami,
z jednym kluczowym przesłaniem: że miłość Boża nie jest czymś,
co można sobie zaskarbić samą religijnością, lecz darem dostępnym dla wszystkich”.

Jakże inny jest opis znaczenia przypowieści w Piśmie Świętym:

Ewangelia Mateusza 13, 34. To wszystko mówił Jezus do rzeszy w przypowieściach,
a bez przypowieści nie mówił im, 35. aby się wypełniło to, co było powiedziane przez Proroka mówiącego:
“Otworzę usta moje w przypowieściach, będę wypowiadał rzeczy skryte od założenia świata.”(Ps. 77, 2.)

Rzeczy skryte od założenia świata, wielkie tajemnice skryte od wieków,
wzięte złożone w jedno i zbagatelizowane do jednej prawdy – tej najwygodniejszej
i pojętej w najbardziej wygodny sposób. Oto jest mądrość naszych czasów!

Zaprawdę czytając przypowieść o upartej wdowie i niesprawiedliwym sędzi,
lub choćby cennej perle, moglibyśmy nawet dojść do odwrotnych wniosków,
niż ten o niezasłużeniu sobie na miłość Bożą; podobnie przypowieść o talentach
czy też ta o drzewie, które nie wydawało owoców i zostało ścięte,
raczej nie utwierdziło by nas w przekonaniu bezmyślnej bezczynności.
Nie w tym jednak tkwi cała kwestia.

Należałoby się raczej zastanowić jaka myśl, czy raczej bezmyślność,
przyświeca człowiekowi który tworząc „Encyklopedię Biblii”
poświęca na skomentowanie przypowieści mały skrawek w rogu,
bagatelizując je strasznie, a jednocześnie wielce rozpisuje się nad tym
jakie ubranie i kosmetyki występowały w czasach biblijnych,
jaka była religia i wierzenia Babilonu, Persów, Egiptu, Grecji, Rzymu;
jakie budowano niegdyś namioty i domy, jakich używano narzędzi do walki,
jak wyglądał handel, budownictwo i górnictwo?
Czy to wszystko ma rzeczywiście tak wielkie znaczenie?
Zapewne dla niektórych większe niż przypowieści Chrystusowe…

W Ewangelii czytamy, że Chrystus mówił w przypowieściach by:
„widząc wprawdzie widzieli jednak nie zobaczyli,
a słysząc wprawdzie słyszeli a jednak nie zrozumieli”
można zatem stwierdzić że cel udał się w stu procentach,
większość bowiem nic nie rozumie.
Ba! większość nawet nie ma najmniejszej ochoty zrozumieć – jest na to za mądra!

Mam ochotę załamywać ręce i biadać nad ludzkością,
kiedy wspomnę na to jak często słyszę, o tym, że Jezus mówił w przypowieściach,
po to by ciemny lud mógł go łatwiej pojąć, a jego nauka była bardziej czytelna dzięki życiowym przykładom.
Bzdura! Bzdura i nonsens do kwadratu! Ci którzy peltą takie farmazony
powinni wrócić do podstawówki na lekcje czytania ze zrozumieniem,
na pewno zaś zasłużyli na porządną chłostę, coby odświeżyła im umysł i skierowała na drogę trzeźwości.

Było oczywiście zupełnie odwrotnie i Chrystus nauczał w przypowieściach,
nie po to by go łatwiej było zrozumieć, lecz właśnie po to by to zrozumienie utrudnić;
jak też i błogosławił Ojca za to, że zakrył wszystko przed mądrymi i roztropnymi a objawił niemowlętom,
tak i sam nauczając, nauczał w ten sposób by „głupi” zrozumieli, a mądrzy nic nie pojęli.

Ewangelia Mateusza 11, 25. W on czas odpowiadając Jezus, rzekł:
Wysławiam cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, żeś te rzeczy zakrył przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je niemowlętom.

Ewangelia Mateusza 13, 10. I przystąpiwszy uczniowie, rzekli mu: Czemu im mówisz w przypowieściach?
11. A on odpowiadając, rzekł im: Gdyż wam dane jest poznać tajemnice królestwa niebieskiego, tamtym zaś nie jest dane. 12. Albowiem ktokolwiek ma, będzie mu dane i będzie obfitował, kto zaś nie ma, i to co ma, będzie wzięte od niego. 13. Dlatego mówię im w przypowieściach, że patrząc, nie widzą, a słuchając, nie słyszą ani rozumieją.

Ewangelia Marka 8, 10. A gdy był sam tylko, spytało go o przypowieść tych dwunastu, co przy nim byli.
10. I mówił im: Wam dane jest poznać tajemnicę królestwa Bożego; ale tym, którzy są zewnątrz, wszystko dzieje się w przypowieściach, 12. aby patrząc patrzyli, a nie widzieli, i słysząc słyszeli, a nie zrozumieli, by się kiedy nie nawrócili, a nie były im odpuszczone grzechy.

Ewangelia Łukasza 8, 9. I pytali go uczniowie jego, co by to była za przypowieść ?
10. A on im rzekł: Wam dane jest znać tajemnice królestwa Bożego, a innym
przez przypowieści, aby widząc nie widzieli, a słysząc nie rozumieli.

Istnieje bowiem oczywista trudność by człowiek uważający się za mądrego i roztropnego,
badał wnikliwie to, co jedni nazywają „prostymi opowiadaniami”, a drudzy wręcz „infantylnymi historyjkami”.
Mędrzec nie będzie chciał słuchać zdawałoby się banalnych opowieści o siewcy,
któremu jedno ziarno wydziobały ptaki, a drugie zagłuszyły chwasty.
By to rzeczywiście zrobić, musiałby pójść za radą apostolską
i „stać się głupi aby stać się mądry” (1. do Kor. 3, 18.).

Mędrzec za to o wiele chętniej rozprawiał będzie o wielkiej tajemnicy narodzin Chrystusa z dziewicy,
bądź to głęboko metafizycznego sensu odkupienia ludzkości dokonanego poprzez ukrzyżowanie Mesjasza,
albo nawet wiedzy historycznej i mądrości potrzebnej by rozwikłać skomplikowane proroctwa.
Zapewne też dlatego mędrcowi tak wiele umyka podczas czytanie Ewangelii.

Ponieważ jednak w dzisiejszych czasach wszyscy mają się za mędrców
i bardzo starają się być roztropni, jest to problem na naprawdę wielką skalę.
Co zatem jest ważne w Ewangelii?

Wspomniany już G. K. Chesterton próbował pewnego eksperymentu umysłowego,
którego celem było spojrzeć na Ewangelie, jak na dzieło prawdziwie nowe;
zobaczyć jak wyglądałby Chrystus bez nauki kościoła katolickiego (do którego sam należał).
Spostrzeżenia, które dzięki temu poczynił, są naprawdę warte uwagi (G. K. Chesterton „Wiekuisty Człowiek”):

„co przydarzyłoby
się człowiekowi, który naprawdę przeczytałby historię Chrystusa
jako historię zwykłego człowieka, i to człowieka, o którym
nigdy przedtem nie słyszał. (…)
Przemawiam zatem uczciwie jako wyimaginowany poganin,
przyglądający się ewangelicznej historii pierwszy raz w życiu.
(…)
Prawda jest taka, że obraz Chrystusa przedstawiany w kościołach jest niemal
wyłącznie obrazem łagodności i miłosierdzia. Natomiast obraz
Chrystusa w Ewangelii ukazuje poza tym wiele innych rzeczy.
(…) Popularne wizerunki z dużą przesadą rozdmuchują
sentymentalny obraz Jezusa „cichego i pokornego". (…)
Jest w każdym razie coś przerażającego, a nawet mrożącego
krew w żyłach w pomyśle figury rozgniewanego Chrystusa. Jest
coś nie do zniesienia w samej myśli, że wychodząc zza rogu ulicy
albo na otwartą przestrzeń rynku, moglibyśmy natknąć się na skamieniałą
grozę tej postaci napominającej plemię żmijowe, albo tej
twarzy wpatrującej się w twarz hipokryty. (…) Rzecz jednak
w tym, że jest to oblicze jedynie i wyjątkowo miłosierne w porównaniu
z tym, jakie mógłby sobie wyobrazić człowiek czytający
po raz pierwszy w życiu Nowy Testament. Człowiek przyjmujący
słowa tej opowieści w ich pierwotnym brzmieniu, stworzyłby sobie
zupełnie inny obraz Jezusa; obraz pełen tajemniczości i być może
niekonsekwencji, ale z pewnością nieograniczający się do łagodności.
Obraz taki jest bardzo ciekawy, między innymi dlatego,
że pozostawia bardzo wiele do odgadnięcia czy wyjaśnienia. Jest
pełen niespodziewanych i ewidentnie znaczących gestów, których
znaczenia nie sposób zrozumieć; pełen tajemniczego milczenia
i ironicznych odpowiedzi. Wybuchy gniewu, tak jak burze nad
ziemią, nie zdarzają się w nim dokładnie tam, gdzie można by
się spodziewać, ale najwyraźniej pozostają posłuszne własnym
mapom pogody. Piotr ukazywany przez popularne nauczanie
Kościoła jest całkiem słusznie tym Piotrem, któremu Chrystus
powiedział w duchu przebaczenia: „Paś baranki moje". Nie jest on
tym Piotrem, do którego Chrystus zwrócił się jak do diabła, wołając
w niepojętym gniewie: "Zejdź Mi z oczu, szatanie!", Chrystus
lamentował z miłością i współczuciem nad Jerozolimą, która miała
Go zamordować. Nie wiemy, jaki dziwny nastrój ducha albo jaka
duchowa wiedza kazała mu postawić Betsaidę niżej od strąconej
do otchłani Sodomy. (…) staram się jedynie wyobrazić
sobie wpływ, jaki na umysł człowieka miałoby to, o czym bez przerwy
mówią krytycy Ewangelii: odczytanie Nowego Testamentu
bez odniesienia do ortodoksji, a nawet bez odniesienia do chrześcijańskiej
doktryny w ogóle. Człowiek ten znalazłby wiele rzeczy,
które o wiele mniej pasują do współczesnej myśli nieortodoksyjnej
niż do współczesnej ortodoksji. Odkryłby na przykład, że jeśli jakiekolwiek
opisy ewangeliczne zasługują na miano realistycznych,
są to ni mniej, ni więcej tylko opisy zjawisk nadprzyrodzonych. Jeśli
Jezus Nowego Testamentu prezentuje się w jakimś aspekcie przede
wszystkim jako człowiek praktyczny, to aspektem tym jest Jego
działalność jako egzorcysty. (…)
Pierwszą rzeczą, jaką należy zauważyć, jest to, że jeśli
potraktujemy tę opowieść jako czysto ludzką, będzie to pod
wieloma względami bardzo dziwna opowieść. Nie chodzi mi
tu o jej wstrząsający, tragiczny punkt kulminacyjny ani o żadne
wnioski dotyczące zwycięstwa odniesionego mimo tragedii.
(…) Jest w niej wiele rzeczy,
których nikt by nie wymyślił, bo nikomu nie mogłyby
się przydać; rzeczy, o których nie wspomina się wcale, a jeśli
już, to tylko w charakterze zagadek. W życiu Chrystusa jest na
przykład długi, trwający aż do trzydziestki okres milczenia.
(…)Przytaczam ten fakt jedynie
jako przykład rzeczy, które całkiem zwyczajnie dają początek
rozważaniom zupełnie niezależnym od oficjalnych dysput
religijnych. Otóż cała opowieść ewangeliczna jest pełna takich
przykładów. Nie jest to pod żadnym pozorem, jak dumnie
zachwala się w druku, historia, którą łatwo zgłębić do dna. Jest
ona wszystkim, ale nie tym, co ludzie nazywają prostą Ewangelią.
Z zachowaniem wszelkich proporcji można powiedzieć,
że to Ewangelia ma w sobie mistycyzm, a Kościół - racjonalizm.
Ja oczywiście nie zawaham się dodać, że to Ewangelia jest
zagadką, a Kościół - odpowiedzią. Ale bez względu na odpowiedzi,
Ewangelia jako taka jest niemal księgą zagadek.

Po pierwsze człowiek czytający ewangeliczne cytaty nie
znajdzie wśród nich komunałów. Gdyby wcześniej przeczytał,
nawet w duchu największego szacunku, większość pism starożytnych
filozofów albo współczesnych moralistów, zdawałby
sobie sprawę z wyjątkowej wagi tego stwierdzenia. To więcej,
niż można powiedzieć nawet o Platonie. To o wiele więcej,
niż można powiedzieć o Epiktecie, Senece, Marku Aureliuszu
albo Apoloniuszu z Tiany. I nieskończenie więcej, niż
można powiedzieć o większości agnostycznych moralistów
i kaznodziejów towarzystw etycznych, z ich peanami na temat
służby i religią braterstwa. Moralistyka większości starożytnych
i współczesnych moralistów była jednym nieprzerwanymi błyskotliwym
wodospadem niekończących się komunałów. Takiego
wrażenia z pewnością nie odniósłby nasz wyimaginowany
postronny obserwator badający Nowy Testament. Nie miałby
odczucia, że obcuje z czymś tak banalnym ani w pewnym sensie
tak ciągłym jak ten strumień, znalazłby sporo dziwnych
roszczeń, które brzmiałyby jak roszczenie sobie prawa do bycia
bratem słońca albo księżyca; sporo bardzo zaskakujących rad;
sporo zdumiewających napomnień; sporo dziwnie pięknych
opowieści. Dostrzegłby kilka gigantomańskich figur retorycznych,
dotyczących na przykład niemożliwości nawleczenia
igły wielbłądem albo możliwości wrzucenia góry w morze.
Zobaczyłby sporo bardzo odważnych uproszczeń dotyczących
trudności życia, na przykład radę, żeby świecić wszystkim
obojętnie jak słońce albo troszczyć się o przyszłość nie więcej
niż ptaki. Z drugiej zaś strony znalazłby także urywki, ze
swojego punktu widzenia, niemal zupełnie niezrozumiałe, jak na
przykład morał przypowieści o nieuczciwym rządcy. Niektóre
z tych fragmentów uznałby za fantazje, a inne za prawdę, ale
żadnych nie uznałby za truizmy. Nie znalazłby na przykład ani
jednego z popularnych banałów w obronie pokoju. Znalazłby
natomiast sporo paradoksów w obronie pokoju. Znalazłby kilka
zasad niestawiania oporu, które, wzięte dosłownie, byłyby zbyt
pacyfistyczne dla każdego pacyfisty. Z pewnego fragmentu,
gdyby dosłownie potraktował wymienione w nim warunki,
dowiedziałby się, że nie powinien wobec rabusia stosować
biernego oporu, ale raczej zdecydowaną i entuzjastyczną zachętę,
zarzucając podarunkami człowieka, który ukradł mu jego
własność. Nie znalazłby jednak ani słowa konwencjonalnej retoryki
przeciwko wojnie, którą zapełniono niezliczone książki,
ody i oracje; ani słowa o niegodziwości wojny, marnotrawstwie
wojny, odrażającej skali masakry w czasie wojny ani o żadnej
z tych znajomo brzmiących oczywistości. Tak naprawdę nie
znalazłby w ogóle ani słowa o wojnie. Nie ma nic, co rzucałoby
światło na stosunek Chrystusa do zorganizowanych działań
wojennych poza tym, że, jak się wydaje, darzył sympatią
rzymskich żołnierzy. Fakt, że najwyraźniej lepiej dogadywał się
z Rzymianami niż z Żydami, stanowi właściwie kolejną trudność.
Przykłady można by jednak mnożyć w nieskończoność,
natomiast dla nas najważniejszą kwestią jest po prostu konkretny
ton, który można wyczuć, czytając konkretny tekst.

Stwierdzenie, że cisi posiądą ziemię, nie jest wcale przejawem
cichości. Chodzi mi o cichość w zwyczajnym rozumieniu
łagodności, opanowania i nieszkodliwości. (…) Błogosławieństwo
cichych może się wydawać bardzo gwałtowne, w tym sensie, że zadaje
ono gwałt prawom rozumu i prawdopodobieństwa. (…)
Coś podobnego można powiedzieć o historii Marty i Marii,
(…) większość starożytnych
i współczesnych moralistów byłaby z pewnością opowiedziała
się po stronie oczywistości. Jakież strumienie gładkiej
elokwencji popłynęłyby z ich ust w celu wyolbrzymienia każdej
drobnej przewagi po stronie Marty, jakież wspaniałe kazania
"O radości służby", „O ewangelii pracy" i „O zostawieniu świata
lepszym, niż go zastaliśmy", jakież dziesiątki tysięcy komunałów
w obronie zadawania sobie trudu usłyszelibyśmy od ludzi, którzy
nie powinni w ogóle zadawać sobie trudu, żeby je formułować.
(…) W istocie niektórzy wolnomyśliciele są nadal na tyle prostoduszni,
że dają się złapać w pułapkę i są zaszokowani tak rozmyślnie zuchwałym
stwierdzeniem. (…)

Rzecz jednak w tym, że gdybyśmy potrafili przeczytać ewangeliczne
relacje jako coś równie nowego jak relacje w gazetach
wprawiłyby nas one w zakłopotanie i być może w przerażenie
o wiele większe niż te same opisy w ujęciu historycznego chrześcijaństwa.
Na przykład, po wyraźnym nawiązaniu do eunuchów
na wschodnich dworach, Chrystus powiedział, że będą też eunuchowie
dla królestwa niebieskiego. (…) Jest
to zaledwie jeden przykład z tysiąca, ale morał płynący z niego
jest taki, że Chrystus prezentowany przez Ewangelię może
w rzeczywistości wydawać się bardziej zaskakujący i groźny niż
Chrystus prezentowany przez Kościół.”


Chestertonem należy oczywiście w pełni się zgodzić,
zapomina on jednak o jednej drobnej sprawie:
Chrystus prezentowany przez Ewangelię to Chrystus prawdziwy,
a ten którego naucza Kościół (razem z innymi wyznaniami) jest jedynie czczą iluzją.

Tylko w zmasakrowanym i sztucznie nastawionym umyśle:
„sprzedawaj co masz”, może znaczyć: „nie musisz niczego sprzedawać”;
tylko człowiek zaślepiony błędną teologią może odczytywać:
„jeśli ktoś uderzy cię w jeden policzek, nadstaw mu i drugi”, jako:
„jeśli ktoś uderzy cię w policzek, naślij na niego policję”;
albo: „ciężej bogaczowi jest wejść do królestwa Bożego niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne”,
jako „możesz być bogaty i wejść do królestwa Bożego”.

Naprawdę tylko ktoś zupełnie ślepy, może odczytywać:
„nie martwcie się o dzień jutrzejszy”, jako:
„przygotujcie się na wypadek katastrofy, stwórzcie plan ewakuacji, zapas jedzenia i paliwa”
– jak uczą choćby „Świadkowie Jehowy”.

Można by się spierać, czy Chrystus w Ewangelii jest rzeczywiście groźniejszy,
na pewno zaś jest bardziej wymagający. Ten Chrystus który mówi:
„żaden z was, który nie odstępuje wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim.” (Łuk. 14, 33.).

Religie chrześcijańskie za wszelką cenę jednak nie chcą słyszeć tych słów Chrystusa,
ich wykonanie bowiem wymagałoby zbyt radykalnych działań,
na które nikt z nich nie ma najmniejszej ochoty ani chęci.
Usilnie więc starają się utrzymać obraz Chrystusa humanitarnego i niewymagającego;
Chrystusa dzieciątko, czy też Chrystusa ofiarę;
nigdy zaś naprawdę nie Chrystusa nauczyciela (Mat. 23, 10. Jana 13, 13.),
którego nauki należałoby naprawdę brać pod uwagę i wcielać w życie.

Chrystus oczywiście naprawdę był cichy, pokorny i miłosierny;
jego miłosierdzie ma jednak słaniać nas do pokuty, podobnie jak i miłosierdzie Boże:

Do Rzymian. 2,4. Czy gardzisz bogactwami jego dobroci i cierpliwości i nieskwapliwości? Nie wiesz, że łaskawość Boga do pokuty cię przywodzi?
5. Lecz według zatwardziałości swej i serca niepokutującego skarbisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia sprawiedliwego sądu Boga,6. który "odda każdemu według uczynków jego";
7. tym mianowicie, co cierpliwie w dobrym uczynku szukają sławy i czci i nieskazitelności - życie wieczne; 8. tym zaś, co się sprzeciwiają i co nie przyjmują prawdy, ale wierzą niesprawiedliwości - gniew i zapalczywość.

Wspomniana prze zemnie już „Encyklopedia Biblii” sugeruje zresztą,
że te polecenia (sprzedawanie majętności i rozdawanie ubogim,
iście i drugą milę z tym który przymusza nas iść jedną,
nadstawianie drugiego policzka i oddawanie dobrem za zło)
dotyczyły jedynie ludzi ówcześnie żyjących i apostołów,
nazywając je przy okazji „absurdalnymi poglądami”,
które jednak – jak dalej twierdzą – „radują Boga”
bo bez podobnej wielkoduszności z Jego strony, któż mógłby być zbawiony.

Zaprawdę Chrystus mówiący: „Odpuść nam jako i my odpuszczamy. (…)
Bo jeśli wy nie odpuścicie i Ojciec wam nie odpuści” (Mat. 6, 15.), miał chyba inny pogląd na te sprawę.
Być może był to, w oczach dzisiejszych ludzi, pogląd absurdalny,
na pewno jednak prawdziwy i dobrze byłoby gdybyśmy i my taki posiadali.

Naprawdę dobrze byłoby by ludzie wreszcie zrozumieli,
że bycie Chrześcijaninem oznacza właśnie, że nie uważamy tych poglądów za absurdalne,
lecz właśnie przyjmujemy je jako swoje własne, starając się usilnie żyć zgodnie z nimi.
To są przecież właściwie nasze obowiązki i polecenia nakazane nam przez naszego Króla i Zbawiciela.

Rozpatrując tą sprawę Chesterton pisze dalej:

„Wolnomyśliciel przeprowadza
następnie krytykę tejże etyki, stwierdzając całkiem słusznie,
że ludzie nie mogą nadstawiać drugiego policzka i że muszą
troszczyć się o jutro, albo dowodząc, że zaparcie się siebie jest
zbyt ascetyczne, a monogamia zbyt surowa.”


I z tym stwierdzeniem można by się właściwie zgodzić,
gdyby wyciąć z niego słowa „całkiem słusznie”.
Gdyż właśnie o to w tym wszystkim chodzi, że: „całkiem NIE słusznie”;
że nadstawianie drugiego policzka jest możliwe a nawet niezbędne,
a troska o jutro faktycznie niepotrzebna.

Czy to rzeczywiście jest tak trudno pojąć?
Czy jakiekolwiek dziecko (pochodzące z choćby średnio normalnej rodziny) martwi się o jutro?
Czy jakikolwiek pięciolatek w całym swym swym rozumie, martwi się o to co będzie jutro jadł,
albo o swoje zdrowie, czy ubranie?
Czy zastanawia się co zrobi w sytuacji ewentualnego wypadku, lub katastrofy?

Nie? Więc i my nie powinniśmy zabiegać o takie rzeczy,
skoro jesteśmy „dziećmi Bożymi” (Jana 1, 12.) i – jak twierdził Chrystus – jeśli my umiemy
(i chcemy) dawać dobre dary swoim dzieciom, to i Bóg na pewno to potrafi (i chce)[Mat. 7, 11.].
Dobrze byłoby więc gdybyśmy nie przykładali większej wagi do zmartwień świata,
niż dzieci beztrosko bawiące się w piaskownicy.

Ewangelia Mateusza 18, 3. I rzekł: Zaprawdę mówię wam, jeśli się nie nawrócicie
i nie staniecie się jako dzieci, nie wnijdziecie do Królestwa Niebieskiego.

Czy również dla jakiegokolwiek dziecka, nakaz by zostawiło wszystko
i podążyło za swym ojcem byłby rzeczywiście surowy i ciężki?
Przecież dzieci nieustannie tak robią; idą za swymi rodzicami
i z własnej woli naśladują swych ojców, których szczerze kochają.
Gdybyśmy więc stali się jak dzieci, przynajmniej część z tych zaleceń
stałaby się dla nas momentalnie zupełnie łatwa do zrozumienia.
Wtedy pojęliśmy, że w słowach Chrystusa naprawdę nie ma żadnej zagadki, ani paradoksu.
Jeśli zaś nie umiemy zaufać Ojcu, nie jesteśmy dziećmi Bożymi.

Małe dzieci wierzą zresztą rodzicom na słowo i nigdy nie sprawdzają,
czy rodzic ich czasem nie kłamie, ufają swoim ojcom całkowicie i zupełnie;
a jeśli ktoś twierdzi coś co sprzeczne jest z tym co rodzic mówi, to:
„jest po prostu głupi i nie ma sensu się z nim dalej bawić”
– jakże dobrze byłoby gdybyśmy posiadali podobną wiarę i nastawienie!

Jak wiele razy nie powtarzaliby językoznawcy, nauczeni w Piśmie i egzegeci, że „Ewangelia” to „dobra nowina”
nie stanie się to prawdą. „Ewangelia” to wcale nie jest „dobra nowina”,
ani ta o tym „że Bóg się nam narodził”,
ani ta, że „Bóg umarł za nas”,
ani ta, że „Bóg uczyni z ziemi, raj na ziemi”.
„Ewangelia” bowiem to opowieść o życiu naszego zbawcy, króla i nauczyciela:
Jezusa Chrystusa, przedstawiająca jego nauki i polecenia.


Reasumując: Chrystus nie narodził się jedynie po to by umrzeć,
Chrystus był nauczycielem, który przyszedł po to,
by przekazać nam tajemnice skryte od założenia świata oraz dać nam wzór;
prawdziwie doskonały wzór, do naśladowania.

I to również jest w Ewangelii niezwykle ważne.

Ewangelia Jana 18, 37. Rzekł mu tedy Piłat: Toś ty jest król? Odpowiedział Jezus:
Ty mówisz, że ja jestem królem. Jam się na to narodził, i na to przyszedłem na świat,
abym świadectwo dał prawdzie. Wszelki, który jest z prawdy, słucha głosu mego.
_________________

 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
BannerFans.com
BannerFans.com
BannerFans.com
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 12